republika dzieci – 02.11.2007

wśród kilku koszmarów niedających spać przeciwnikom wejścia turcji do unii europejskiej jest wizja turków zalewających europę w poszukiwaniu pracy, zasiłków socjalnych i lepszego życia. wizja tym straszniejsza, że bezdzietna europa wkrótce stanie się kontynentem emerytów, gdy tymczasem na ulicach stambułu aż rzuca sie w oczy olbrzymia ilość młodych ludzi. średnia wieku w turcji wynosi 27 lat, a więc 60% społeczeństwa ma poniżej 30 lat! prawdziwa Republika Młodych! co prawda w ostatnich latach przyrost naturalny w turcji spada, m.in. dzięki coraz popularniejszemu obrazowi nowoczesnej rodziny. spada również liczba dzieci w rodzinie. wciąż jest ona jednak dużo wyższa niż koszmarne europejskie 2+1. a to dlatego, że turcy uwielbiają dzieci! dzieci są ich oczkiem w głowie, błogosławieństwem od boga, darem losu, a małżeństwo, które nie ma dzieci jest uważane za nieszczęśliwe. na wschodzie turcji wielodzietne rodziny to nie przypadek ani dar losu, ani nieszczęśliwy wypadek, ale norma. nie moglismy wyjść ze zdziwienia, kiedy zaprzyjaźnieni kurdowie opowiadali nam o tym, że pięcioro dzieci w rodzinie to coś najzupełniej normalnego, a bywają przypadki, gdzie jest ich nawet dziesięcioro! (nie wspominam nawet o prawdziwych kurdyjskich macho, którzy gdzieś na dalekiej wsi utrzymują po kilka żon, z każdą płodząc gromadkę dzieci!). jednak zarówno turcy, jak i kurdowie cieszą się z dzieci, podobnie jak uwielbiają życie rodzinne. razem z pinar (sześciori rodzeństwa) odwiedzałam kiedyś szereg jej wujków, cioć i poznałam kilkanaścioro z nieznanej chyba nikomu liczby jej kuzynów i kuzynek. rodzina, u której mieszkaliśmy w trabzonie (czworo rodzeństwa) żyła w euforii, gdyż najstarsza z sióstr wreszcie zaszła w długo oczekiwaną ciążę. podróżowanie po turcji z małym dzieckiem powinno być samą przyjemnością, gdyż widok małego dziecka rozczula każdego, otwiera wszystkie drzwi i usuwa wszelkie przeszkody. w autobusie ludzie zagaduja, pieszczą i zachwycają się cudzymi dziećmi, a dzieci, przyzwyczajone do otaczającego je nieustannie zachwytu, z ufnością idą wszystkim na kolana. inna strona medalu jest taka, że dziećmi (takie było moje wrażenie) nikt sie „wychowawczo” nie zajmuje. przedszkola są bardzo niepopularne (nie przystoi, zeby matka sama nie zajmowała się dzieckiem, zresztą większość kobiet, o czym już kiedyś pisałam, i tak nie pracuje zawodowo, zajmując sie domem). dziecko jest od całowania, pieszczenia, zabawy, zachwytu i kupowania tysięcy ciuszków, zabawek i dziecięcej biżuterii! w efekcie czteroletnia bratanica pinar wciąż latała w pieluchach, nie umiała sama zjeść ani ubrać bucików, nie wiedziała jak robi krówka, a jak robi kaczuszka, a po turecku umiała powiedzieć mniej więcej tyle, co maciek. natomiast w biedniejszych domach, a szczególnie na wsiach dziećmi również się nikt sie poważniej nie zajmuje i rosną, ewentualnie „wychowywane” przez starsze o kilka lat rodzeństwo. w turcji niestety powszechny był ten sam paradoks, co w innych częściach swiata (nie wyłączając kraju nad wisłą), że im biedniejsza rodzina, tym więcej dzieci. gecekondu to królestwa dzieciaków, które biegają całymi gangami, najczęsciej brudne, niezadbane, puszczone na samopas, bo komu w głowie jeszcze zawracanie sobie głowy dziećmi?

będąc w diyarbakir zapuściłyśmy sie z anne w biedniejszą dzielnicę położoną dosłownie kilka ulic od centrum. po drodze zastanawiałyśmy się, gdzie jest reszta społeczeństwa, skoro na ulicach, w herbaciarniach, w lokantach (tanich barach z jedzeniem) są sami mężczyźni? no i dowiedziałyśmy się, gdzie ukrywają się kobiety i dzieci! wystarczy odejść kilkanaście metrów od głównej ulicy, żeby trafić do ich królestwa. po kilku sekundach otoczyła nas gromadka kilkunastu dzieciaków, które zaczęły jedno przez drugie krzyczeć „turist! foto!” z jednej strony było to totalnie oszałamiające, z drugiej trochę śmieszne, bo wkrótce szłyśmy za rękę z kilkoma dziewczynkami naraz, które sprzeczały się którą z nas bardziej kochają!:) prawdziwy armagedon rozpętał się, kiedy wyciągnęłyśmy aparaty fotograficzne: dzieciaki przepychały sie jedne przez drugie, szarpały się, żeby być w kadrze, brały na ręce młodsze rodzeństwo, krzyczały i piszczały! kilkanaście gąb (bo słysząc, że coś się dzieje, zbiegły się chyba wszystkie dzieciaki z osiedla!) tworzyło taki hałas i rozgardiasz, że wkrótce starsza kobieta siedząca na progu domu (fantastyczna matrona z wytatuowanymi ustami) pogoniła nas stamtąd precz.

2007_0902turcja102322007_0902turcja102332007_0902turcja102372007_0902turcja10236

potem, kiedy towarzystwo kilkudziesięciu dzieciaków (to bynajmniej nie przesada ani małe kłamstewko dla ubarwienia opowieści!!) stało się naprawdę uciążliwe, z pomocą przyszedł nam młody chłopak, kóry zaczął przeganiać dzieciaki najpierw krzykiem, a gdy to nie skutkowało (bo w liczbie jest siła!), zaczął w nie rzucać kamieniami! dopiero wtedy dzieciaki odpuściły i do końca wycieczki towarzyszyło nam już tylko kilkoro najwytrwalszych.

dzieciaki towarzyszyły nam w każdym miejscu naszej podróży: gdziekolwiek się pojawialiśmy, zaraz zjawiała się gromadka próbująca nakłonić nas do swoich usług jako przewodników, do kupna wisiorków zrobionych przez ich mamy lub po prostu wołająca „helo!”, „foto!’, „many, many!” robiłam im masowo zdjęcia, bo to najwdzięczniejszy obiekt fotografowania. żartowaliśmy z maćkiem, że gdyby oglądać tylko jego zdjęcia z podróży, okazało by się, że podróżował po niezamieszkanym kraju: same zabytki i landszafty. natomiast gdyby oglądać tylko moje zdjęcia, nie wiadomo byłoby nawet, w jakim kraju byłam – same dzieciaki! dzieciaki zawsze były bardzo kontaktowe i bardzo śmieszne. kontaktowe aż do przesady: maciek jak mógł uciekał przed ich rozwrzeszczaną nachalnością. ale kilka razy spotkaliśmy też  dzieci, które zaczęłam nazywać „małpkami”. nie chodzi o to, że były zaniedbane czy brudne (niemal wszystkie takie były!). chodziło o totalną pustkę w ich oczach! brak jakiegokolwiek wyrazu twarzy! chodziły za resztą dzieciaków, ale nic nie mówiły, nie reagowały na pytania ani zaczepki, skubały słonecznik albo dłubały w nosie jak zupełnie bezmózgie istoty. inną niepojętą dla mnie rzeczą było to, że w czterdziestostopniowym upale dzieciaki te były ubrane jak na zimę: grube swetry, dresy pod długimi spódnicami dziewczynek, wełniane skarpety! prawdopodobnie zupełnie nikt nie dbał o to, co noszą, a być może nosiły na sobie wszystko, co miały!

2007_0902turcja10161

tak sobie trochę nieładnie żartuję, ale często bieda i zaniedbanie tych dzieci aż kuły w oczy! najgorsze ze wszystkiego jest to, jak wiele dzieci pracuje na ulicach! w stambule na każdej większej ulicy widać dzieciaki sprzedające kierowcom koraliki, breloczki, latarki i inne badziewie. tysiące dzieci wszędzie, gdzie jeździliśmy pucuje buty, sprzedaje chusteczki higieniczne, simity, wodę i lemoniadę, chodzi z wagami szukając chętnych do zważenia, wozi towar do sklepów, roznosi herbatę w herbaciarniach itd. itd. a to były obrazki jedynie z miast. domyślam się, ze wszystkie dzieci na wsiach pracują na gospodarstwach, często kosztem szkoły. dotyczy to szczególnie dziewczynek. w ostatnich latach rząd turecki we współpracy z unicef-em przeprowadził dwie akcje („dalej dziewczyny, do szkół!” i „tato, wyślij mnie do szkoły”) mające skłonić rodziców do posyłania dzieciaków do szkół. jednak szacuje sie, że nadal ponad 600 tysięcy dziewczynek nie odbiera nawet podstawowej edukacji! pracujące dzieci to chyba najbardziej rzucająca sie w oczy oznaka biedy na wschodzi turcji. jeszcze bardziej frustrujące jest to, że ich ojcowie często całe dnie spędzają pijąc herbatę i plotkując w pobliskiej herbaciarni. to może brzmieć jak sensacyjne ciekawostki z dalekiego kraju, ale to są bardzo prawdziwe dramaty, o których albo czytałam w raportach organizacji kobiecych, albo opowiadały mi dziewczyny biorące udział w projektach społecznych we wschodniej turcji. esra np. opowiadała o młodej dziewczynie, która przychodziła do nich i płakała, opowiadając, że chciałaby się uczyć, ale musi pracować (jako fryzjerka), a wszystkie pieniądze oddaje ojcu, który całymi dniami siedzi na progu domu, a przez swoją bezczynność jest prawdopodobnie równie sfrustrowany i nieszczęśliwy jak ona!

wszystkie zdjęcia zrobiliśmy w miasteczku dogubayezit na wschodzie turcji, tuż przy granicy z iranem, u stóp góry ararat. czekając na autobus spędziliśmy chyba trzy godziy w herbaciarni w centrum miasta i mieliśmy cały przegląd prac dziecięcych:

2007_0902turcja101052007_0902turcja101062007_0902turcja101082007_0902turcja101102007_0902turcja10112

_17_00172007_0902turcja10113

no nic, pozostaje życzyć sobie, żeby wszystkim dzieciakom było tak dobrze, jak eralowi, synowi „naszej” rodziny z trabzonu: 

__8_0008

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: