borsuki rozmyślają o czasie i wodzie

zdanie z recenzji zupełnie innej książki jak ulał pasuje do „o czasie i lodzie” andriego snaer magnasona: „jak to możliwe, że szóste wymieranie wywołuje co najwyżej nasze ziewnięcie?” ja też tak mam: czytam kolejne wyliczanki: jak szybko ogrzewa się planeta, z jaką prędkością wycinane są amazońskie lasy, jak szybko wymierają kolejne gatunki zwierząt, ile czasu nam jeszcze zostało – i nie wiem, co z tymi wszystkimi informacjami zrobić. te liczby są przerażające, ale mają to do siebie, że natychmiast je zapominamy i żyjemy dalej, jak gdyby apokalipsa miała się nie zdarzyć.
takich statystyk jest u magnasona dużo, ale to nie one stanowią o wartości tej książki. najpiękniejsze są obrazy, przez które próbuje on pojąć i samą apokalipsę, i naszą obojętność wobec tego, co nieuchronne. poniżej kilka z nich.

CZARNA DZIURA: magnason pisze: żaden naukowiec nie widział czarnej dziury (my już widzieliśmy). czarne dziury mogą mieć masę równą milionom słońc i pochłaniać całe istniejące światło. dlatego jedyny sposób, żeby obserwować czarną dziurę to nie patrzeć na nią, ale patrzeć obok: obserwować pobliskie mgławice i gwiazdy. pojęcie katastrofy klimatycznej jest tak szerokie, tak obezwładniające, że właściwie nie wiadomo, co z nim zrobić. dlatego on sam decyduje się pisać o tym, co tuż obok. „muszę pisać o tych sprawach, nie pisząc o nich, muszę się cofnąć, by iść naprzód”. zamiast myśleć o „globalnym ociepleniu”, pomyślmy więc o wysychających jeziorach koło poznania. o zmianach, jakie wywoła budowa kolejnej drogi przez mokradła. o osiedlu deweloperskim numer pierdyliard. o morświnach w bałtyku. myśl lokalnie, działaj globalnie, nie odwrotnie.

najważniejsze przykazanie ekopoetyki: opowiadaj historie. magnason opowiada piękne historie: o swoich dziadkach, którzy w podróż poślubną wybrali się na lodowiec i przez całe długie życie starali się każdego dnia robić coś ciekawego. o wujku, który badał aligatory na florydzie, a swoją pasją zaraził ludzi i organizacje zajmujące się ochroną krokodyli na całym świecie. o swoich własnych podróżach. o wulkanach i starych islandzkich manuskryptach. i przez te historie próbuje opowiedzieć zmieniający się świat i ścianę, ku której pędzimy, wygodnie rozparci w fotelach. to nie jest książka o aktywizmie. to książka o wyobraźni.

CZAS: katastrofa klimatyczna ponoć zdarzy się w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. czyżby? no i co z tą przyszłością? przecież, jak zauważa magnason, wiele klasycznych książek czy filmów o przyszłości („rok 1984”, „powrót do przyszłości”, „blade runner”) działa się …dawno temu. czas niesamowicie się skurczył. „największe siły ziemi wymknęły się geologicznej skali czasu i zbliżyły do naszej, ludzkiej. zmiany, które dotychczas trwały setki tysięcy lat, teraz możemy zaobserwować w ciągu zaledwie jednego wieku”. w ciągu wieku ziemia zmieni się diametralnie: większość lodowców stopnieje, znikną rafy koralowe, wiele terenów zmieni się w pustynie lub stepy – również w polsce. sto lat to oczywiście nic w skali trwania planety, ale w skali człowieka to również niewiele. 98-letni dziadek autora mówi: „sto lat mija jak z bicza trzasnął”. świat zmienia się na naszych oczach. nasze dzieci nie mogą uwierzyć, że kiedyś mogliśmy mieć już dość śniegu, że czekaliśmy aż wreszcie stopnieje.

chyba najbardziej oryginalny pomysł magnasona to refleksja, że jeden człowiek może objąć swoim poznaniem dwieście kilkadziesiąt lat: czas od narodzin naszych dziadków do śmierci naszych wnuków. to jest czas przeznaczony na życie nasze i osób, które kochamy. to powinna być nasza perspektywa. rok 2150 brzmi jak science fiction, ale to czas, kiedy będzie żyła – mam nadzieję – moja wnuczka, która będzie – mam nadzieję – pamiętać opowieści o moim dzieciństwie i o dzieciństwie mojej babci. jaki będzie jej świat?

JĘZYK: wiadomo: język określa ramy naszego świata. czy stosunkowo nowe pojęcia takie jak „globalne ocieplenie”, „zakwaszenie oceanów” czy „topnienie lodowców” mogą wywołać w nas reakcję (panikę), jaką powinny? magnason pisze o X-wiecznych skaldach, którzy chcąc napisać pieśń pochwalną na cześć świeżo nawróconego na chrześcijaństwo władcy, zapewne używaliby języka ówczesnej poezji, mocno opartego na mitologii nordyckiej. o bogu chrześcijańskim pisaliby jako o „stworzycielu hełmu karłów (czyli nieba) i oblubienicy odyna (czyli ziemi)”. z kolei gdy na początku XIX wieku na islandii pojawił się samozwańczy król, który wzywał do walki o wolność i niepodległość, spotkał się z całkowitym niezrozumieniem. największe umysły epoki pisały: „żaden dobry islandczyk nie życzy sobie niezależności”. słowa wpływają na nasze uczucia, pisze magnason. jakie uczucia wzbudza we mnie „zakwaszenie oceanów”? zapewne żadne…

ENERGIA: spalamy koszmarne ilości energii, nie zdając sobie z tego w ogóle sprawy. na samym początku rewolucji przemysłowej udało się ujarzmić ogień, ukryć jego płomienie w lśniących, metalowych rurach. dzięki temu człowiek poczuł się bezkarnym. „w sumie spaliliśmy setki miliardów ton węgla w pełnym przekonaniu, że ta góra kamiennego paliwa wyparowała, zmieniając się w nicość”. nie wyparowała. zmieniła się w dwutlenek węgla, którym oddychamy. gdybyśmy mogli „zobaczyć” energię, gdyby płonęły rzeki płynącej ropy, a z kominów buchała sadza, pewnie łatwiej byłoby o refleksję. to trochę jak z jedzeniem mięsa: kupując gotowe porcje w sklepie łatwo nie myśleć o koszmarnych warunkach na fermach zwierząt.

oczywiście nikt nie neguje postępu, jaki dokonał się w poprzednim stuleciu, tego, że życie jest mimo wszystko lepsze i łatwiejsze. natomiast zapominamy, że wszystko ma swoją cenę. problemem nie jest postęp, ale jest nim marnotrawstwo i nieograniczona konsumpcja. nie potrzebujemy tylu ubrań, tylu samochodów, tylu jednorazowych rzeczy. większość rzeczy, które wytwarzamy i tak skończy na jednej z wielkich oceanicznych wysp śmieci. dziewicze islandzkie tereny są niszczone pod budowę elektrowni wodnych, które zaledwie częściowo zaspokoją potrzeby energetyczne jednej z …kopalni bitcoinów. niech ktoś spróbuje mnie przekonać, że to naprawdę jest warte swojej ceny.

dziwnie rzadko pojawia się w tej opowieści postać kasandry. może dlatego, że to kolejna wytarta już metafora… pojawia się natomiast postać znana z islandzkich podań ludowych – diabeł kölski, który pomaga w pracach domowych, zdejmuje ciężar z barków, w mgnieniu oka wykonuje pracę stu ludzi. problem w tym, że kölski właśnie zgłosił się po swoją zapłatę.

przepiękna, przerażająca książka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: