farerskie kadry. wyspy, gdzie owce mówią dobranoc.

kiedy przygotowywaliśmy się do wyjazdu na wyspy owcze, blog farerskie kadry był dla nas prawdziwą kopalnią informacji. tych praktycznych (rozkłady autobusów, mapki itp.), ale też mnóstwa ciekawostek historycznych i krajoznawczych. dobre teksty i równie dobre fotografie, co doceniam szczególnie, bo na niemal zawsze pochmurnych wyspach owczych naprawdę nie jest łatwo zrobić dobre zdjęcie. bardzo ucieszyłam się więc, kiedy okazało się, że wychodzi książka autora bloga, macieja brencza, czyli „farerskie kadry. wyspy, gdzie owce mówią dobranoc”.

zazdroszczę ludziom, którzy mają pasję i potrafią o niej fantastycznie opowiadać. taka pasja przebija właściwie z każdego zdania tej książki, bo autora fascynuje absolutnie wszystko, co związane z farojami: historia, legendy, język, przyroda, muzyka, piłka nożna i literatura. i bardzo sprawnie o tym opowiada.  kolejne rozdziały to przegląd najróżniejszych farerskich tematów. mamy krótki kurs historii wysp owczych, które zostały ponoć zasiedlone przez tych wikingów, którzy cierpieli na chorobę morską i nie byli w stanie dopłynąć do islandii. mamy przyspieszony kurs języka farerskiego, z jego przedziwną wymową i fantastycznymi toponimami (drzemiąca skała, drewniana pieczara, wyczerpująca stroma ścieżka). mamy przegląd polityczny ze szczególnym uwzględnieniem raczej napiętych stosunków z danią. mamy też ciekawe obserwacje farerów poczynione przez mieszkających tam polaków: jako bardzo mała społeczność, są z jednej strony sympatyczni, prostolinijni i bezinteresowni, ale z drugiej strony, pozostają wspólnotą raczej zamkniętą. mamy wreszcie mnóstwo anegdot i ciekawostek.

wydaje mi się, że pisząc o wyspach owczych łatwo ulec pokusie pisania przez pryzmat ciekawostek albo statystyk. one zawsze robią wrażenie: 18 wysp, 10 sklepów sprzedających alkohol, 20 tuneli o łącznej długości 43 km, 0 starbucksów, 0 mcdonaldów, 237 słów w języku farerskim związanych z owcami, legendarne zwycięstwo 0:1 w meczu piłkarskim z austrią itd. itd. wokół takich fun facts osnuta jest również inna świetna książka, „81:1. opowieści z wysp owczych” marcina michalskiego i macieja wasilewskiego. one wszystkie robią wrażenie i pewnie w jakiś sposób pokazują niezwykłość wyspy owczych. ale zaczęłam zastanawiać się, czy nie sprowadzają one wysp owczych wyłącznie do jakiegoś kuriozum. a może po prostu trudno zbudować długą, spójną narrację wokół kilkunastu maleńkich wysepek rozrzuconych na oceanie?

byłam bardzo ciekawa, jak maciej brencz wybrnie z opisania grindadráp, czyli polowania na grindwale. jest ono bodaj najbardziej kontrowersyjnym aspektem życia farerów i chyba najbardziej znanym faktem związanym z tymi ogólnie mało znanymi wyspami. otóż wybrnął bardzo delikatnie, a jego podejście do grindadráp jest bardzo podobne do naszego.

mam ciężką alergię na motywowanie wszelkich opresyjnych i brutalnych zachowań tradycją. nie trzeba daleko szukać, w polsce mamy na to aż nadto przykładów. w przypadku grindadráp mamy z jednej strony sensacyjne artykuły o „rzezi wielorybów”, zdjęcia ludzi brodzących po kolanach we krwi, widok ułożonych rzędem ciał martwych waleni. z drugiej strony – często w tych samych artykułach – mamy motywowanie całej tej rzezi miejscową tradycją. odrzuca mnie z obu stron!

tymczasem jeśli akceptujemy fermy kurze, jeśli kupujemy mięso w supermarketach, jemy tanie jajka, pijemy tanie mleko, naprawdę nie mamy prawa powidzieć złego słowa o grindadráp. oczywiście, żywy wieloryb jest lepszy niż martwy wieloryb. jednak jeśli w ogóle można mówić o etycznym zabijaniu zwierząt, to grindadráp chyba jest tego przykładem. zazwyczaj wygląda to tak, że zaalarmowani pojawieniem się grindwali w pobliżu wybrzeży, miejscowi błyskawicznie organizują się, wypływają w morze i łodziami zapędzają je do zatoki. walenie, wiedzione silnym instynktem rodzinnym, najczęściej nawet nie próbują wymknąć się z pułapki i wspólnie wypływają na plażę. tam wielorybnicy jednego po drugim szlachtują, przecinając tętnice i rdzeń kręgowy. wieloryby umierają w kilka sekund. oczywiście, że to okrutne. ale czy życie wieloryba, który wiele lat spędził na wolności, przemierzając wraz ze swoim stadem olbrzymi ocean, nie jest bardziej wartościowe niż krótkie i pełne cierpienia życie zwierząt hodowlanych?

mięso grindwali jest następnie dzielone między wszystkich chętnych, bez względu na to, czy brali udział w polowaniu. jest przeznaczone wyłącznie dla mieszkańców i nie można go kupić w sklepach. solone, suszone lub wędzone mięso waleni było zawsze podstawowym elementem diety farerów. wykorzystywano i nadal wykorzystuje się zresztą wszystkie części wielorybów: tłuszcz, skórę, kości, a nawet żołądki i pęcherze pławne. pozostałe wnętrzności są wyrzucone na głębokie morze, a więc trafiają z powrotem do biologicznego obiegu.

jeszcze jedna rzecz: korzystanie z lokalnych zasobów jest daleko bardziej ekologiczne niż importowanie żywności z dalekich krajów. na wyspach owczych nie ma szans na niemal żadne uprawy, więc morze zawsze było podstawowym źródłem pożywienia. jeśli więc chodzi o ekologiczne jedzenie, to raczej wieloryb niż awokado! (aczkolwiek tu muszę zaznaczyć, że sami widzieliśmy w farerskich sklepach jagnięcinę sprowadzaną z nowej zelandii).

największym problemem grindadráp jest to, że je WIDAĆ. na co dzień nie widzimy cierpienia zwierząt hodowlanych, ich śmierć jest sterylna, a czyściutkie filety rosną chyba na półkach sklepowych. tymczasm podczas polowania na wieloryby morze jest czerwone od krwi. nie wyprzemy więc faktu, że to są zwierzęta, które właśnie zginęły z ręki człowieka. i rozumiem, że dla wielu może to być trudne do zaakceptowania.

jak czytam w „farerskich kadrach” i co potwierdza broszurka wydana przez wspaniałą, ponad stuletnią księgarnię w torshavn, wyspy owcze biorą aktywny udział w monitorowaniu atlantyckiej populacji grindwali, którą szacuje się na 778 tysięcy osobników. średnio rocznie zabija się około 800 grindwali, a więc jeden promil populacji. „według międzynarodowej unii ochrony przyrody IUCN grindadráp (i podobne polowania na grendlandii) nie zagrażają populacji grindwali.”

zagraża im natomiast coś innego: śmieci! ze względu na ich masę, w ciele wielorybów zbiera się cały syf, który trafia do oceanów. badania wskazują, że w mięsie waleni jest tak wysoki poziom rtęci, że jest ono po prostu bardzo niezdrowe. nawet na wyspach owczych oficjalnie przestrzega się przed jego spożywaniem. paradoksalnie więc wieloryby przed człowiekiem może uratować jeszcze gorszy los, jaki im zgotowaliśmy.

na koniec jeszcze ciekawostka. w końcu i ja na blogu piszę głównie o ciekawostkach. na największej wyspie, streymoy, znajdują się pozostałości dawnej norweskiej stacji wielorybniczej, við áir. jest to jedyna zachowana stacja wielorybnicza na półkuli północnej i jedna z trzech na świecie (dwie pozostałe znajdują się na georgii południowej i gdzieś w australii). stacja við áir działała aż do lat 80-tych, będąc niezwykle ważnym elementem miejscowej gospodarki. ponoć są plany zagospodarowania tego terenu na muzeum wielorybnictwa. przejeżdżaliśmy obok við áir kilka razy, ale zawsze było jakoś nie po drodze, żeby wysiąść z autobusu i z bliska obejrzeć te kilka niczym nie wyróżniających się budynków. posiłkuję się więc zdjęciem z książki:

jhdr

bibliografia:

dav

Jedna myśl na temat “farerskie kadry. wyspy, gdzie owce mówią dobranoc.

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: