karolka w xınalıq – 12.03.2009

xınalıq to takie magiczne miejsce, gdzie każdy chciałby pojechać: wioska wśród gór, przez pół roku odcięta od świata, dokąd nie prowadzi żadna droga, żaden transport publiczny, gdzie ludzie mówią starym stareńkim językiem, który nie wiadomo skąd się wziął i którego nikt poza nimi nie rozumie (nawet sąsiednie wioski). dlatego też i mnie kusiło, żeby tam pojechać. na sam koniec mojej podróży po kaukazie wybrałam się do szaroburego miasteczka quba na północy azerbejdżanu. pokręciwszy się po rynku, szybko zlokalizowałam miejsce, skąd odjeżdżają dżipy do xınalıq. żaden bus tam nie dojedzie, gdyż przez większą część trasy nie ma po prostu drogi (zdjęcia kiepskiej jakości, bo skanowane):

hhu

gdy cały samochód zapełnił się podróżnymi, ruszyliśmy. pamiętam, że po kolei wszyscy wysiadali i do samego xınalıq dojechałam już tylko z kierowcą mehmetem. kiedy po kilku godzinach jazdy po bezdrożach dojechaliśmy wreszcie na miejsce, stanęłam jak wryta – trochę z wrażenia,  a trochę dlatego, że nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. cóż miał pan mehmet począć – zaprosił mnie do siebie do domu. jak wszyscy w xınalıq, jego rodzina mieszkała w raczej prymitywnym domu zbudowanym z kamienia. drzwi wejściowe znajdowały się na górze stromych schodów, które bardziej przypominaly drabinę. wchodziło się wprost do najważniejszej izby, w której wokół niziutkiego stołu były rozstawione materace. z boku stała koza, która ogrzewała pokój i na której żona mehmeta gotowała.  faktycznie, paliła w tej „kuchence” zbrykietowanymi kupami (o dziwo – nie śmierdziało!). pod izbami mieszkalnymi były pomieszczenia dla zwierząt, które zapewniały dodatkowe ciepło (typowe budownictwo obecne na kaukazie pewnie od wieków).

w takich miejscach ma się wrażenie, że trafiło się na koniec świata, dokąd nie zawitała jeszcze cywilizacja, gdzie ludzie żyją zupełnie innym rytmem. cała wioska sprawiała niesamowite wrażenie: kamiene budowle budowane piętrowo jedne ponad drugimi. ostry, szary krajobraz rozjaśniały tylko niebieskie drzwi i okiennice. syn mehmeta i jego koledzy zabrali mnie na spacer po wiosce, pokazali miejscowy cmentarz, meczet, a nawet muzeum xınalıq, gdzie bardzo miły pan kustosz opowiedział mi troszkę o wiosce, o zagranicznych turystach, którzy tu czasem przyjeżdżają i kazał wpisać się do księgi pamiątkowej, w której znalazłam nawet wpisy jakichś polaków. może to mało romantyczne i trochę popsuję legendę xınalıq, ale najsilniejsze ze wspomnień, jakie stamtąd przywiozłam, to wszechobecny zapach kurzych kup…

wioskachlopcy

na noc położyli mnie w jednej izbie z babcią, która zasypiając szeptała nieustannie imię allaha. byłam tak przepełniona wrażeniami, że długo nie mogłam zasnąć: koniec świata, cisza na dworze aż huczy, ciemno że oko wykol i ten szept jak mantra: „alla alla”… brat mehmeta, który wieczorem przyszedł w odwiedziny, przekonywał mnie zresztą, że to jedyne miejsce w azerbejdżanie, gdzie naprawdę wierzy się w boga.

natomiast rano miało miejsce moje największe podróżnicze faux pas, którego wstydzę się do dziś. jak wszyscy wszędzie i zawsze, moi gospodarze wypytywali mnie o to, jak się żyje w polsce. a co jemy na śniadania? no co jemy? chleb, mleko… (w znaczeniu cornfakesów). i następnego dnia dostałam za swoje: wielki kubek gorącego mleka, prosto od krowy, podgrzany na ogniu, z pięknym, grubym kożuchem. podejrzewam, że to było dla nich jakieś wyrzeczenie i naprawdę dowód wielkiej gościnności. ale nie dałam rady i odmówiłam… pamiętam, jacy byli zdziwieni i chyba trochę mną rozczarowani…:( kurcze, do tej pory mam wyrzuty sumienia i nawet nie będę się przed sobą usprawiedliwiać, że przecież ciepłe mleko to narzędzie szatana, środek wymiotny i zguba świata.

mam nadzieję, że w ciągu dnia zrehabilitowałam się i chociaż w części odwdzięczyłam za gościnę, bo był to czas przeprowadzki. cała rodzina (oprócz babci) przenosiła się na zimę do miasta, więc trzeba było spakować wszystkie sprzęty, torby, garnki, pledy, kapy, kufry, pościele i inne niezbędne rzeczy. dziesiątki, setki dywanów i materacy znosiliśmy po tych stromych schodach i ładowaliśmy na ciężarówkę. potem sami zapakowaliśmy się wraz z trójką dzieci i jeszcze jakąś setką toreb do dżipa i pojechaliśmy z powrotem do quby. babcia na koniec zdążyła mi jeszcze podarować zrobione przez siebie kolorowe kapcie. nie żadna tam cepelia, ale przepiękne, kolorowe, grube, wełniane papucie, które dziś leżą gdzieś na dnie szafy.

dzieciw_samochodzie

to niesamowite, ale w trakcie całej podróży po kaukazie miałam szczęście spotykać tylko takich właśnie ludzi: zabierali mnie do siebie do domów, karmili, opiekowali się, włączali do normalnego życia domowego (w gruzji już po dwóch dniach nazywali mnie swoją córką!). więc wizyta w xınalıq była zdecydowanie takim łabędzim śpiewem mojej kaukaskiej epopei. dwa dni później wylatywałam już z zalanego przez różowy świt baku do domu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: