patriarsze prudy – 22.02.2009

„Pewnego razu wiosną, w porze niesłychanie upalnego zmierzchu, pojawiło się w Moskwie nad Stawami Partiarszymi dwóch obywateli. Pierwszy z nich, ubrany w szary letni garnitur, był maleńki, grubiutki, łysy; w ręku niósł złożony wpół elegancki kapelusz, a na starannie wygolonej twarzy miał gigantyczne okulary w czarnej, rogowej oprawie. Drugi – barczysty, rudawy, kudłaty młody człowiek w zsuniętej na tył głowy kraciastej cyklistówce – miał na sobie kraciastą koszulę, pomięte białe spodnie i czarne nocne pantofle.

Pierwszym był nie kto inny, jak Michał Aleksandrowicz Berlioz, przewodniczący zarządu jednej z największych moskiewskich organizacji literackich, zwanej w skrócie Massolit, oraz redaktor literackiego miesięcznika. Towarzyszył mu młody poeta Iwan Nikołajewicz Ponyriow, publikujący pod pseudonimem Bezdomny.

Znalazłszy się w cieniu z lekka już zieleniejących lip, pisarze ruszyli na wyścigi ku pstrokatej budce z napisem „Piwo i napoje orzeźwiające”.

Odnotujmy wszakże pierwszą cechę szczególną tego strasznego majowego wieczoru. Nie tylko przy budce, ale i w całej alei, równoległej do Małej Bronnej, nie było żywej duszy. W czasie, kiedy – zdawałoby się, nie było już czym oddychać, kiedy słońce, rozpaliwszy Moskwę do białości, spadało, spowite w suchą aureolę, za Sadowoje Kolco – nikt nie przyszedł pod lipy, nikt nie usiadł na ławeczce, pusta była aleja.”

i jeszcze trochę:

„(…) przy samym wyjściu na Bronną z ławki podniósł mu się na spotkanie dokładnie ten sam obywatel, który wówczas, w żarze słonecznym, uformował mu się z lepkiego upału. Tyle że teraz nie był już ulotny, a zwyczajny, namacalny. W zapadającym zmroku Berlioz wyraźnie spostrzegł wąsiki jak kurze piórka, małe, ironiczne, z lekka pijane oczka i kraciaste spodenki, podciągnięte wysoko i odsłaniające brudne, białe skarpetki.

Michał Aleksandrowicz cofnął się z lekka, ale uspokoił myślą, że to głupi zbieg okoliczności i nie pora teraz o tym myśleć.

– Kołowrotka szukacie, obywatelu? – spytał kraciasty typek skrzypiącym tenorem. – Tędy, jeśli łaska. Prosto i traficie, gdzie trzeba. Należy się ćwiartka za dobrą radę. Na zdrowie byłego dyrygenta cerkiewnego chóru! – I facet zdjął szerokim, błazeńskim gestem swój dżokejski kaszkiecik.

Berlioz nie słuchał dalej żebrzącego pajaca-dyrygenta. Podbiegł do kołowrotka, chwycił zań ręką, przekręcił i już zamierzał wejść na szyny, gdy w twarz błysnęło mu czerwone i białe światło: to w szklanej skrzynce zapłonął napis: „Uwaga, tramwaj!”.

Jednocześnie nadjechał i tramwaj, skręcając po nowej trasie, z Jermołajewskiego na Bronną. A gdy skręcił i wyszedł na prostą, rozbłysnął nagle w środku elektrycznością, zaryczał i dodał gazu. Ostrożny Berlioz stał wprawdzie w bezpiecznym miejscu, postanowił jednak cofnąć się za przejście. Przesunął więc rękę na kołowrotku   zrobił krok w tył. W tej samej chwili ręka jego ześlizgnęła się i opadła, noga niepowstrzymanie, niczym po lodzie zjechała po bruku, stromo schodzącym ku torowisku, drugą nogę poderwało do góry i Berlioza wyrzuciło na szyny.

Próbując za coś złapać, upadł na wznak, stuknął tyłem głowy o bruk  zdążył jeszcze dostrzec na górze – nie pojmując już z prawa czy z lewa – pozłacany księżyc. Zdążył też przewrócić się na bok  desperackim ruchem podciągnąć nogi pod brzuch; po czym, odwracając się, ujrzał pędzącą nań z niepowstrzymaną siłą zbielałą z przerażenia twarz kobiety-motorniczego z czerwoną opaską na ramieniu. Berlioz nie krzyknął, ale cała ulica dookoła zawrzeszczała przerażonymi, kobiecymi głosami.  Kobieta szarpnęła elektryczny hamulec, wagon zarył się przodem w ziemię  podskoczył. Z okien z trzaskiem sypnęły się szyby, a w mózgu Berlioza krzyknął ktoś rozpaczliwie: „Czyżby?!”. Raz jeszcze, po raz ostatni zamigotał księżyc, ale już pękający na kawałki, a potem nastała ciemność.

Tramwaj najechał na Berlioza i pod ogrodzenie alei Patriarszej wypadł na bruk okrągły ciemny przedmiot. Stoczył się z pochyłości i poturlał, podskakując, po bruku Małej Bronnej.

Była to odcięta głowa Berlioza.”

kiedy 1 stycznia spacerowaliśmy po partiarszych prudach, nie było może tak tajemniczo ani tym bardziej tak gorąco, ale na pewno równie uroczo. mimo że tramwaje tamtędy nie jeżdżą (i nigdy nie jeździły!), wychodząc z jermołajewskiego pierieulka na małą bronną, moja wyobraźnia zaczęła pracować w rytm „mistrza i małgorzaty”. w bezpośrednim sąsiedztwie stawów patriarszych rozgrywało się wiele wydarzeń z powieści, a tuż obok – na sadowej 302-a odbył się bal u szatana!

dawniej było tutaj tzw. kozie błoto – podobno od znajdującej się nieopodal koziej zagrody, gdzie preparowano skóry dla dworu carskiego i patriarszego. w XVII wieku miejsce to na swoją rezydencję wybrał patriarcha moskwy, święty (dziś) hermogenus i tak kozie błoto zmieniło się w patriarszą słobodę. nieco późnej powstały w tym miejscu trzy stawy rybne (stąd liczba mnoga w nazwie i niedaleka uliczka triochprudnyj piereulok). w 1924 roku, w ramach walki z religią, miejsce to przemianowano na pionierskie stawy. nazwa jednak nie przyjęła się wśród miejscowej ludności i stawy patriarsze pozostały patriarszymi.

wydaje się, że cała dzielnica od dawna była miejscem ulubionym przez rosyjską inteligencję. w XIX i na początku XX wieku tanie (wtedy!) mieszkania wynajmowali studenci, w okolicy mieszkało wielu artystów: m.in. włodzimierz majakowski, a przez pewien także czas sam bułhakow (przy wielkiej sadowej 10, m. 5). na ślizgawkę swoje córki przyprowadzał tu nawet lew tołstoj. dziś – ze względu na blisość centrum, jest to bogata, prominentna dzielnica, jednak zachował się ten nastrój dawnej inteligencji. potężne, stalinowskie kamienice pną się ponad wąziutkimi uliczkami. wokół jest kilka ambasad i kilkanaście kafejek, w których przesiadują i turyści, i miejscowa bohema. naprawdę byłam pod wrażeniem tego miejsca: czysto, spokojnie, dyskretnie; można odpocząć od krzykliwego bezguścia i bogactwa centrum moskwy.

wśród wysokich kamienic otaczających staw, dwie są najbardziej charakterystyczne: tzw. dom z lwami – luksusowa rezydencja strzeżona przez rzeźby leżących lwów, zbudowana w latach 40-tych dla wierchuszki armii czerwonej oraz dominujący nad wszystkim żółty budynek, czyli postkonstruktywistyczny awiażylstroj (ach, ta radziecka nowomowa!) z 1935 roku.

w 1999 r. artysta-plastyk, aleksander rukawisznikow, wygrał konurs na „przyozdobienie” stawów patriarszych rzeźbami nawiązującymi do powieści bułhakowa. wokół stawu miały stanąć postaci z „mistrza i małgorzaty”: behemot, azazello, korowiow, poncjusz piłat i inni, nad brzegiem stawu miał zasiąść zamyślony bułhakow, a po wodzie miał kroczyć sam jeszua ha-nocri, mijając słup wody wznoszący się z 12-metrowej fontanny w kształcie prymusa… na szczęście dzięki protestom mieszańców udało się uchronić to miejsce przed zakusami architektów-grafomanów, a ty samym zachować jego przemiły klimat.

kiedy spacerowaliśmy tamtędy 1 stycznia, padał lekki śnieżek, mróz szczypał nas delikatnie w nosy, dzieci jeździły po stawie na łyżwach, a wokół stawu spacerowały starsze pary w futrzanych szubach – po prostu moja wymarzona moskwa „z obrazka”…

DSCF4236DSCF4233

p.s. i pamiętaj, maciejku, patriarsze prudy, nie pruty!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: