kuba the dog – 02.01.2008

nie ma już mojego pieska.. dostał się w zęby i pazury wiejskich kundli…

9

żeby jednak dalej nie było tak dramatycznie, niech będzie śmiesznie. nikt nam przecież nie dostarczał tyle radości, co kubul!

kubuś to był wybitnie francuski piesek: jadał wyłącznie skrawki szynek i kiełbaski, jeśli już w kaszy, to takiej tłustej. jak trzeba było jeść z chlebem, to sprytnie wybierał samą szynkę, pasztet lub smalec zlizywał, a suchy chleb zostawał w misce. najbardziej śmieszyło mnie, jak czasem udało się go wykołować i wcisnąć mu do pyska kawałek chleba. wtedy – patrząc niewinnie w oczy – z obrzydzeniem wypluwał chleb, a szynka zostawała w pysku!:) jako pies francuski lubował się też we wszelkiego rodzaju serach. szczególnie lubił lazur, a oczywiście im bardziej śmierdzący, tym lepszy!:) poza tym lubił świeży groszek. kiedy na działce buszowałam w groszku, wiernie stał z boku, bo groszek był dzielony sprawiedliwie: dla mnie dobry, a dla kuby robaczywy. inne dziwne rzeczy, które kuba jadał: lody, czekolada i wszelkie słodkości. jak był młody, reagował nawet na szelest odwijanej czekolady i przychodził – niby nic – do pokoju. na stare lata węch i słuch mocno mu się stępił. leżał kiedyś rozwalony na środku pokoju i spał, tata podstawił mu pod nos kawałek kiełbasy, ale kuba nawet nie zareagował! myśliwski pies!:) z kubą (człowiekiem) umieraliśmy kiedyś ze śmiechu, bo darliśmy na kawałeczki stary kalendarz ścienny, a kuba (pies) te kawałeczki zjadał aż zjadł cały kalendarz!! a tata opowiadał, jak jeszcze bardzo niedawno kuba zjadł dwa płaty solonej ikry śledziowej, a po jakimś czasie zaczął pić i pić i pić i pić…

podobno ludzie posiadający psy dzielą się na tych, którzy śpią z psami i na tych, którzy się do tego nie przyznają. ja oficjalnie też się nie przyznaję! czasem, tylko, jak spałam na materacu, kuba pchał się w nogi. nawet maciejka wspomina, że jak kiedyś spał na boninie na materacu, obudził się z kubą w nogach.

inna przypadłość psiarzy, w którą święcie wierzę, to to, że psy upodabniają się do swoich właścicieli, a właściciele do swoich psów. tak też kubuś był wybitnie żywotnym pieskiem: tylko patrzył, jak by tu nawiać z domu. przez te wszystkie lata, jakie z nami był (cała dekada, prawie pół mojego życia!), towarzyszył nam wszędzie: jeździł na biwaki i na wycieczki, z rodzicami na deski, jeździł w góry i nad morze, wszedł z nami na śnieżkę a na kopę pod śnieżką wjechał na wyciągu krzesełkowym; biegał obok roweru, chodził na spacery do lasku (kiedyś w zapamiętaniu wskoczył do jeziorka pokrytego rzęsą, myśląc, że to trawa!). biegał, skakał, fikał, tańczył (jego słynne „zatańcz w kółeczko”), pływał, znosił kamienie (w czasie budowy w krępie połowę kamieni przeznaczonych na wyłożenie tarasu przeniósł w pobliskie brzózki), szczekał, gonił koty (a jak już jakiegoś dogonił, to stawał i szczekał, bo nie bardzo wiedział, co dalej…).

kiedyś odwiedziła nas japonka, z którą korespondowałam. oprócz kilkuset zdjęć, jakie zrobiła nam w ciągu kilku, większość przedstawiał kubę (m.in. to powyżej). z biegiem lat powstała zresztą cała kolekcja zdjęć o przygodach kuby-the-doga.
i tak oto: kuba na nartach:

4

kuba na biwaku nad jeziorem:

kuba

kuba na spływie kajakowym:

splyw

kuba w bieszczadach:

3

z ewką od samego początku wytresowałyśmy go zawodowo. wszystkie komendy typu „siad”, „podaj łapę”, czy”zdechł pies” wykonywał celująco, szczególnie jeśli w ręku miało się frolica! było jednak kilka rzeczy, których nigdy się nie nauczył. dziwnie głuchy był na okrzyki nawołujące go do domu. jak zamierzał nawiać, to w ogóle nie reagował na swoje imię! inna rzecz zupełnie obca psu, który kocha wolność, to chodzenie na smyczy:

5

mina mamy mówi zresztą wszystko!:)

kubuś był pieskiem towarzyskim. kiedy każdy kręcił się po swoich kątach, leżał w koszyku (przyjmując czasem najdziwaczniejsze pozy). ale kiedy siadaliśmy razem na kanapie, zaraz się zjawiał, siadał na środku, opierał tyłek o kanapę, tylne nogi mu wyjeżdżały do przodu i słuchał… aż mama czasem zastanawiała się, o czym taki piesek sobie myśli!:) ale kuba był towarzyski nie tylko wobec nas, ale ogólnie. raz jechaliśmy pociągiem z wałbrzycha. całą drogę spał zwinięty gdzieś pod siedzeniami, a rano usiadł ze wszystkimi, oparł się bokiem o nogi jakiegoś faceta i tak siedział – kozak…:) nie umiał jednak współżyć z innymi psami. zawsze chowany jako jedyny pupilek, był zazdrosny o każdego innego psa, który choć na chwilę znalazł się w domu!

wśród różnych wcieleń był też kuba-ekolog: biegając po dworzu, kiedy mijał jakiś leżący papier, reklamówkę czy inny śmieć, podnosił go, zanosił pod najbliższe drzewo i rytualnie obsikiwał!

kuba to był pies taty – jego najbardziej się słuchał, najbardziej cieszył się, jak tata wracał do domu. najchętniej też towarzyszył mu w samochodzie. jak tylko tata wychodził na chwilę z samochodu, wskakiwał na miejsce kierowcy i rządził. typowa scenka, jeszcze z frąckowskiego, wyglądała następująco:

7

kiedy jednak przychodziło co do czego, czyli do jedzenia, jego wierność stawała się co najmniej dwuznaczna! był wówczas psem mamy! jednak kiedy mama kończyła jeść, dyskretnie przechodził pod stołem do mnie lub do ewki. stał pod stołem i delikatnie dotykał zimnym nosem kolana, przypominając, że jest i że czeka. innymi słowy najbardziej kochał tego, kto dawał jeść.
maciek siedząc obok służy kolejnymi scenkami, na wspomnienie których łzy same cisną się do oczu. jak był mokry i biegał po całym domy kręcąć tyłkiem (bo nie miał czasu zatrzymać się i porządnie wytrzepać) i obcierał się w biegu jednym i drugim bokiem o kanapę. albo jak się cieszył, to tak machał ogonem, że aż cała tylna połowa ciała chodziła mu na boki. wydawał przy tym – szczególnie przy tarmoszeniu i innych subtelnych pieszczotach – swoje gardłowe ni to posapywanie, ni to śmiech. albo jak szalał na plaży w ustce za kamieniami i patykami, które trzeba mu rzucaliśmy, aż cały pysk, oczy i język miał w piachu. (swoją drogą kuba zawsze wiedział, do kogo podlecieć z patykiem w pysku – np. tata go ignorował, więc jego nigdy nawet nie próbował zaczepiać!) no i jak czasem chrapał.

jako pies o nieprzeciętnej inteligencji zawsze wiedział, kiedy coś nabroił. skradał się wtedy z brzuchem przy ziemi, powolutku, z miną – nomen omen – zbitego psa. jeden jedyny raz, na samym początku zdarzyło mu się buchnąć tacie kotleta z kanapki. tata wyszedł na chwilę do kuchni, a kiedy wrócił, kotleta nie było. pamiętam, że siedziałyśmy wtedy z mamą w drugim pokoju. nagle kuba wbiegł i chyłkiem schował się pod biurko. dopiero jak tata zaczął z krzykiem dopominać się o kotleta, wszystko się wydało!:) oj, było śmiechu…

taki to był nasz piesek, kubulek…

8

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: