zakonczenie – 17.04.2007

niestety jestem zmuszona chwilowo zawiesic moja dzialalnosc blogowa! jako ze pracuje calymi dniami i nocami, nie mam ani czasu, ani sily, ani inwencji tworczej, zeby stworzyc cos interesujacego. do pisania pewnie wroce dopiero w domu albo juz w stambule. tym samym jednak koncza sie przygody karoliny i macka w belfascie.  

pub the morning star, w ktorym pracuje, jest jednym z wielu tradycyjnych, historycznych pubow w belfascie. na pierwszy rzut oka wyglada bardzo ladnie, szczegolnie restauracja na pietrze. jednak juz po kilku dniach pracy doszlam do wniosku, ze jest to zwykla spelunka. te same obrzmiale i czerwone twarze, siedzace w pubie od rana do zamkniecia, w swiatek, piatek i niedziele… fakt, ze pija guinessa, gin z tonikiem albo dobra whisky nie czyni ich ani troche lepszymi od zwyklych zulikow pijacych najtansze siki w polskich mordowniach… smutno mi sie robi, kiedy ladnie ubrana starsza babka przychodzi o 11, mowi, ze nic nie bedzie jadla, bo nie najlepiej sie czuje, a po dwoch godzinach i po 6 wodkach dochodzi do siebie. a takich przypadkow sa dziesiatki! oczywiscie po  mojej czesci baru, gdzie podaje sie jedzenie (do 16 jest tam bufet, potem zamawia sie jedzenie z gory, z restauracji) zdarzaja sie tez i „normalni” klienci, ktorzy przychodza do pubu na lunch lub obiad. od nich tez dostaje tez wszystkie napiwki (calkiem niezle!). mimo wszystko jednak zawsze wracam do domu z duzym niesmakiem i gdyby nie to, ze zostaje tu juz tylko tydzien, rozgladalabym sie za inna praca.

moj nowy rozklad dnia wyglada nastepujaco: rano wstaje razem z mackiem. on idzie na 8 do pracy, a ja pobiegac (mieszkanie z takim przystojniakiem zobowiazuje…). po sniadaniu robie najczesciej mackowi jakis obiad. ja jem w restauracji, wiec ze wzgledu na wyrzuty sumienia, a takze moje liczne przewiny wobec ukochanego, probuje mu sie w ten sposob podlizac. w morning star pracuje codzinennie od 12 do poznego wieczora. co kilka dni mam rowniez nocny shitf w katy daly’s. jest z tym wszystkim troche za ciezko, ale zostalo jeszcze tylko 10 dni, wiec wytrzymam. chce troche wiecej zarobic pod koniec mojego pobytu tutaj, szczegolnie, ze z ostatnia praca wyszlam nie najlepiej. 

macka niestety widuje zadziej niz miejscowa zulerie. kiedy sie zgramy, czyli oboje konczymy kolo 19, maciek przychodzi po mnie do baru. glownie chodzi mu pewnie o pretekst dla wypicia pinty guinessa, ale zawsze szybciej mi czas mija, kiedy wiem, ze po mnie przyjdzie. kiedy ostatnio wracalismy na piechote do domu, porownywalismy nasze bole zawodowe: ja ledwo szlam, bo tak bolaly mnie nogi od calodziennego biegania po barze, a glowa huczala od halasu i dymu papierosowego. macka natomiast bolaly plecy od ciaglego pochylania sie do okienka w budce. taki z nas umeczony proletariat… nowa angielska klasa pracujaca…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: